Rok 1956 zapisał się w komunistycznej Polsce ważnymi zmianami – politycznym fermentem i względną, choć krótkotrwałą liberalizacją, wyczekiwaną przez Polaków od dekady. Nawet małe Olecko stało się miejscem społecznego buntu, kiedy to mieszkańcy miasta i okolicznych miejscowości chcieli wymierzyć tutejszym funkcjonariuszom MO i UB sprawiedliwość na własną rękę i przez kilka godzin okupowali budynek bezpieki przy ul. Zamkowej. Powodem zamieszek miał być zatarg na miejskiej targowicy w dniu 4 grudnia 1956 r. Życie i zdrowie milicjantów oraz ubeków uratowały sprowadzone z Białegostoku dodatkowe siły milicyjne. Ogólnie rzecz biorąc można powiedzieć, że cały rok 1956 był dla miejscowych przedstawicieli aparatu represji niezbyt szczęśliwy. Zaczęło się od tragedii z 1 stycznia 1956 r.

Jak co roku zabawę sylwestrową funkcjonariusze oleckiej milicji obchodzili w świetlicy komendy, zaś ubecy w oddalonym o kilka kilometrów od miasta Domu Wypoczynkowym w Dworku Mazurskim. Od lat był to specjalny ośrodek podległy samej centrali UB – najpierw Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, a po jego likwidacji w 1954 r. Komitetowi ds. Bezpieczeństwa Publicznego, czyli centralnemu organowi komunistycznej policji politycznej. To w niewielkim i względnie spokojnym Olecku regularnie odpoczywali prominentni funkcjonariusze bezpieki. Jak co roku kierownik ośrodka, w ramach lokalnej symbiozy z Powiatowym Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego a później Delegaturą Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego w Olecku, w zamian za całoroczne wsparcie i ochronę zezwalał na organizowanie Sylwestra dla rodzin funkcjonariuszy UB. Z dala od wścibskich oczu mieszkańców miasteczka. To wsparcie było o tyle istotne, że wraz z likwidacją PUBP w kolejnych miesiącach zlikwidowano także miejscowy konsum, czyli specjalny sklep dla funkcjonariuszy i członków partii komunistycznej, w którym można było taniej zaopatrzyć się w tak deficytowe produkty, jak papierosy, wysokoprocentowy alkohol czy wyroby mięsne. W ośrodku było i zaopatrzenie i niższe ceny, inne od tych rynkowych.

31 grudnia 1955 r. kilka samochodów z UB i z ośrodka wypoczynkowego zawiozło o godzinie 19.30 uczestników zabawy do Dworku Mazurskiego. Wszystko pod czujnym okiem kierownika ośrodka Józefa Owsiejczuka i kpt. Sergiusza Kozła vel Kozłowskiego kierownika Delegatury Uds.BP. Jak to bywało w trakcie takich resortowych spotkań, alkohol lał się „strumieniami”, a funkcjonariusze „nie wylewali go za kołnierz”. W efekcie libacji, już przed północą towarzystwo było pijane. Jednym z problemowych funkcjonariuszy okazał się młody wiekiem i stażem pracownik UB – chor. Henryk Kujda, który nie tylko że się upił, ale też używał w kierunku obecnych na zabawie kobiet słów uznawanych za wulgarne i prowokował bójki. Szef miejscowego UB, dość pobłażliwy dla swoich podwładnych, zareagował ostatecznie na to zachowanie i nakazał odwieźć delikwenta do Olecka. Autem należącym do UB pojechał z Kujdą funkcjonariusz chor. Aleksander Supronik. Mimo, że się kolegowali, to nie udało się położyć pijanego do łóżka. Wręcz przeciwnie, Kujda ruszył w „miasto” z legitymacją służbową UB. Na szczęście bez broni.

chor. Henryk Kujda

Fot. 1. chor. Henryk Kujda

chor. Henryk Kujda

Fot. 2. chor. Henryk Kujda

Szybko trafił na zabawę sylwestrową zorganizowaną przez miejscową komendę Milicji Obywatelskiej. Tutaj Kujda też nie zachowywał się lepiej niż na zabawie w Dworku Mazurskim. W pijackim amoku oblał nawet lemoniadą komendanta powiatowego MO ppor. Sergiusza Tichoniuka. Na ostrą reakcję milicjantów zareagował agresywnie, na korytarzu świetlicy uderzył jednego z nich sierż. Józefa Dubowskiego pięścią w twarz. Podobno przypadkowo, ale spowodowało to, że został zmuszony do opuszczenia zabawy. Zdeterminowany Kujda podjął szereg prób powrotu na zabawę do Dworku Mazurskiego. Po drodze próbował dostać się do miejscowej gospody, wdając się w sprzeczkę z lokalnym stróżem, któremu machał przed nosem legitymacją służbową i wyzywał w najgorszy możliwy sposób. Następnie trafił do „Jadłodajni” prowadzonej przez miejscowy PSS „Społem”. Tu również odbywała się sylwestrowa zabawa. Kujda pił, bawił się i kilkukrotnie próbował dzwonić do Domu Wypoczynkowego w Dworku Mazurskim. Dwa razy się nawet połączył. Koledzy z UB odradzali próby powrotu. Po pierwsze impreza się kończyła, po drugie nikt nie chciał jechać samochodem do Olecka będąc pod wpływem alkoholu, a pomysł Kujdy na pieszą przeprawę po zamarzniętym Jeziorze Oleckie Wielkie uznano za niedorzeczny i niebezpieczny. Dwie głębiny na wysokości skoczni i dzisiejszej „dzikiej plaży” były niezamarznięte, podobnie jak znaczne połacie jeziora od strony Dworku Mazurskiego. Wszystkiemu winna była aura i lekka zima. Do Kujdy nie dotarły żadne racjonale argumenty. Ostatni raz widziano go na zakończenie zabawy sylwestrowej w świetlicy MO, na którą wrócił z „Jadłodajni”, gdy skończyła się już impreza. Tu znów dzwonił do kolegów i groził, że pójdzie przez jezioro, albo się utopi. Chyba nikt nie przejmował się słowami funkcjonariusza, bo wcześniej zdarzało mu się mówić, że się zabije w innych sytuacjach. Widziano go po raz ostatni o godzinie 3. Jednak rano 1 stycznia 1956 r. nie stawił się na wyznaczony dyżur w Delegaturze Uds.BP. Początkowo nikt nie robił z tego wielkiego problemu, bo każdy kto spotkał Kujdę dzień wcześniej lub w nocy wiedział, że był pijany. Uznano to za ubecki „wypadek przy pracy”. Ale kiedy spóźnienie zrobiło się znacznie większe sprawdzono w mieszkaniu. Niestety bezskutecznie. Poszukiwania, najpierw na własną rękę, a później z udziałem funkcjonariuszy z białostockiego WUds.BP nic nie dały. Przeczesano miasto, park, strzelnicę przy ul. Gołdapskiej, brzegi jeziora oleckiego. Żadnych śladów. UB i MO uruchomiło miejscową agenturę. Przepytywano znajomych Kujdy, ale nie było ich zbyt wielu, bo funkcjonariusz podjął pracę przeniesiony do Olecka z Zambrowa zaledwie dwa miesiące wcześniej. Nikt, nawet olecka sympatia Kujdy, nie wiedzieli co się z nim stało. Jakby się zapadł pod ziemię! Albo utopił w jeziorze. I to zakładano od początku jako realny powód zaginięcia funkcjonariusza. Drugim mogła być dezercja spowodowana zachowaniem podczas Sylwestra. Ale Kujda nie był funkcjonariuszem, który pracował w resorcie kilka dni. Wiedział, że nie takie hece przechodziły innym „płazem”. Nie było obawy o karną odpowiedzialność, bo nie popełnił żadnego przestępstwa. Co najwyżej służbową i raczej w formie kary dyscyplinarnej. W sumie nic strasznego.

Powiadomienie z 4 stycznia 1956 r.

Notatka służbowa z 23 stycznia 1956 r.

Ostatecznie na początku stycznia 1956 r. w WUds.BP podjęto decyzję o wszczęciu sprawy z tytułu dezercji Henryka Kujdy. W jego mieszkaniu znaleziono kilka adresów znajomych, w tym szczególnie bliskich mu kobiet. Z akt personalnych wydobyto adresy krewnych. W teren wyjechali funkcjonariusze operacyjni UB z Wydziału Kadr i Szkolenia z Białegostoku, którzy rozpytywali o jakikolwiek kontakt z Kujdą po 1 stycznia 1956 r. Nikt nic nie wiedział. Stryjek, który wychowywał Kujdę, ze łzami w oczach prosił tylko o jedno, o informacje o zaginionym, jeśli UB coś ustali. Jednak w połowie roku otrzymał list z informacją o śmierci bratanka, dwie walizki i worek z rzeczami osobistymi. W marcu 1956 r. prokurator umorzył swoje śledztwo uznając, że doszło do nieszczęśliwego wypadku. W dniu 23 czerwca funkcjonariusze UB uznali podobnie, że Kujda zginął w niewyjaśnionych okolicznościach, tonąc w Jeziorze Oleckie Wielkie. Ciała jednak nie znaleziono, bo w styczniu miejscowi rybacy odmówili użycia sieci na niezamarzniętej części akwenu z obawy o jej zniszczenie. Później nie miało to już większego sensu. Jednak na wszelki wypadek akta sprawy Henryka Kujdy zostały przekazane do archiwum okrytego bardzo złą sławą pionu ochrony funkcjonariuszy, czyli do Departamentu X Kds.BP. Brak odnalezionego ciała Kujdy był dostatecznym argumentem, żeby zachować je na wszelki wypadek, gdyby okazało się, że jednak zdezerterował on ze służby w Olecku. Nic takiego się nie stało, ale jego śmierć z czasem uznano jako celowe działanie ze strony Podziemia Niepodległościowego. Jako „pijany bohater władzy ludowej” trafił obok 252 innych funkcjonariuszy UB i MO do resortowego albumu z lat sześćdziesiątych „Album funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa poległych w walce z podziemiem w woj. białostockim”. To nie jedyna tam postać z Olecka, która znalazła się w albumie z zupełnie innego powodu niż powinna.

Postanowienie o wszczęciu śledztwa z 1 lutego 1956 r.

Wniosek o umorzenie śledztwa z 17 marca 1956 r.

Historia chor. Henryka Kujdy wpisuje się w starą mazurską legendę o Jeziorze Oleckie Wielkie, w którym co roku ktoś musi utonąć, aby dołączyć do tragicznego podwodnego orszaku nieszczęśliwie zakochanych młodzieńców. Połączyła ich wielka miłość, a na ślub nie zgadzali się rodzice z powodu różnic stanowych i majątkowych. Młoda para kochanków postanowiła więc zginąć w toni jeziora. Pewnej zimowej nocy wjechali wspólnie na saniach na lód, który się pod nimi załamał i oboje zginęli, zabierając ze sobą kufer z majątkiem rodziców. Ten skarb miał później przyciągać śmiałków, którzy próbując go wydobyć tonęli w jeziorze, powiększając orszak kochanków. Jeszcze w latach osiemdziesiątych słyszałem tę opowieść od jednego z moich nauczycieli, w trakcie biwaku nad oleckim jeziorem. Dziś przypominam ją sobie czytając dokumenty dotyczące zaginionego funkcjonariusza UB.

Prezentowane zdjęcia i dokumenty pochodzą z Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej Oddział w Białymstoku.

Visited 712 times, 1 visit(s) today